Myślmy Razem - Synergia

czasami temat nasuwa się sam

21:07

Czy ktoś wie, co się dzieje?!

Autor: dominik |

Słucham radia, czytam gazety i nie wierzę w to, co mogę tam znaleźć. Prezydent jednego z największych krajów w Europie traci poparcie, wobec czego wpada na "genialny" pomysł, by wyrzucić ze swojego kraju wszystkich Romów...

Zwracam się z pytaniem do  tych, którzy wiedzą coś o Francji - jak to jest możliwe, że w kraju, gdzie strajki są sportem narodowym (byłem tam tylko raz w życiu, przez 3 dni, ale strajk widziałem) w proteście i geście solidarności z poniżanymi jeszcze nie płoną samochody?

Ciężko mi zrozumieć, że któregoś pięknego dnia rząd Szwecji decyduje, że od dziś wszyscy Polacy (bo Francuzi zastosowali właśnie odpowiedzialność zbiorową) muszą opuścić królestwo, mimo tego, iż są członkami UE, co gwarantuje mi swobodny przepływ miedzy krajami członkowskimi...

Nie jestem naiwny i wiem, że programy integracji Romów to nie jest łatwa sprawa, ale pragnę dodać, że człowiek, który ma maturę doskonale wie od czego takie projekty trzeba zacząć a to, że Francja nagle zapomniała jakoś mnie nie przekonuje.
Mama mojego kolegi zrozumiała to kilka lat temu zakładając w Hucie świetlicę dla dzieci romskich - po to, by mogły nauczyć się polskiego - bo one wbrew temu, co mówią nauczyciele nie mają problemów z matematyką, środowiskiem czy geografią. One po prostu nie do końca rozumieją, co się do nich mówi. A sytuacja najczęściej kończy się złą oceną na koniec roku a następnie skierowaniem do szkoły specjalnej. Wiemy, już co jest dalej... Ale diagnoza jest nietrafna. To nie matematyka przekreśliła szansę tego dziecka na godne życie. To raczej ignorancja tych, którzy postawili tę diagnozę.
Doskonale pisze o tym na przykładzie Beduinów (wręcz identyczna sytuacja jak z Romami w Europie) żyjących w Izraelu Paweł Smoleński w ostatnim DF.

To, że za Francją podążyły Włochy, Węgry a znacznie wcześniej Słowacja i częściowo Czechy nie jest dobrym znakiem. Czuję się, jak gdybym był właśnie świadkiem ogłoszenia ustaw norymberskich (nawiasem mówiąc właśnie obchodzimy ich 75 rocznicę...).
Ale jest też promyk nadziei - Parlament Europejski wypowiedział się zdecydowanie i jasno. Szkoda niestety, że tylko głosami lewej strony sali. Prawa widocznie nie ma ochoty korzystać z możliwości, jakie daje im głowa.

A najciekawsze jest to, że Wikipedia pisze o Sarkozym "Syn węgierskiego imigranta, Pála Sárközy de Nagy-Bócsa i Andrée Mallah. Dziadek ze strony matki pochodził z rodziny greckich Żydów..."

Oj krótka pamięć, bardzo krótka...

Niestety to nie ja wymyśliłem to hasło - po raz pierwszy zobaczyłem go na wykładach, gdy mój obecny szef tłumaczył nam, po co komu coś takiego, jak analizy przestrzenne. Jako geograf, bardzo polubiłem ten zwrot. Chciałem nim nawiązać do problemu relacji człowiek - przestrzeń w kontekście ostatnich wydarzeń w Polsce...

Na innym wykładzie pewien profesor przedstawił nam taki problem - "wyobraźcie sobie, że do władz Krakowa zgłasza się pewien zagraniczny inwestor z pytaniem, czy mógłby wydzierżawić, bądź kupić Sukiennice, bo chciałby tam stworzyć hotel. Problemem nie jest to, co powiedziałyby władze miasta, lecz raczej to, kto powinien o tym zdecydować... Bo czy aby na pewno jest to kwestia miasta? Może to kwestia właściciela budynku? A może raczej wypowiedzieć powinni się okoliczni mieszkańcy - ich dotyczyłoby to pewnie w większym stopniu (hałas, samochody, dostawy itp.). No ale Sukiennice to nie kwestia mieszkających na Rynku - to przecież SUKIENNICE! W Krakowie powinno się odbyć referendum!... Ale właściwie Sukiennice to dobro narodowe - to naród musiałby się wypowiedzieć - na pewno ma do tego prawo!"

Problem wbrew pozorom nie jest abstrakcyjny - niedawno słyszałem, jak Hanna Gronkiewicz-Waltz mówi w radio, że dla niej ważniejszy od głosu "obrońców krzyża" jest głos Warszawiaków... Wcześniej słyszałem, że choć prezydent stał na czele wszystkich Polaków, to grunt na Krakowskim Przedmieściu należy jednak do Kancelarii i to ona ma zdecydować...  Słyszałem też, że grunt nie ma tu nic do rzeczy, bo krzyż to kościół a kościół to episkopat. Czyli dokładnie tak jak przykładzie powyżej:)

Wczoraj czytam, że mieszkańcy Krowodrzy protestują przeciw poszerzeniu Czarnowiejskiej, bo stracą miejsca parkingowe. To nic, że pół Krakowa stoi w korku (na własne życzenie) - Krowodrza zdecyduje za nich - problem ten sam.

No i wreszcie powódź - kto spuścił wodę, kogo zalało, kto mu wydał zezwolenie na budowę i kto wreszcie ma dać pieniądze na pomoc - czyli kto jest odpowiedzialnym za PRZESTRZEŃ?

...because spatial means special...:)

21:22

Europejczycy a Europa...

Autor: dominik |

Eurostat podaje, że bezrobocie w Polsce jest znacząco niższe niż wg danych GUS... Już niedługo europejskie samochody mknąć będą przed siebie wyposażone w doskonały, europejski system nawigacji Galileo. Tylko kraje Unii Europejskiej i te, które są z nimi stowarzyszone posiadają dokładną, jednolitą mapę pokrycia terenu Corine, wydaną już po raz trzeci... Każdy lub prawie każdy z czytających tego bloga wie, co to takiego Erasmus a bardzo możliwe, ze sam z niego korzystał....

Zastanawiacie się pewnie o co mi chodzi - a no o to, że zastanawiam się, czy kiedykolwiek powstanie takie pojęcie społeczne jak "Europejczyk", które odnosić się będzie do czegoś więcej niż tylko współrzędnych geograficznych miejsca urodzenia bądź zamieszkania, zawierających się między 9°30'W-68° 41' E oraz 35° 58' N-71° 08' N...

Instytucje europejskie starają się... jak mogą, by wprowadzać jednolite przepisy prawne i wspólnymi pieniędzmi zbliżyć mieszkańców kontynentu, ale ja nie jestem pewien, czy to tworzy nam Europejczyków...

Póki co jednoczy nas raczej Liga Mistrzów, Tour de France i Eurowizja. Ale czy może być inaczej skoro przeciętny Schmidt nie może przeczytać o Europie w żadnej ogólnoeuropejskiej gazecie, zobaczyć w ogólnoeuropejskiej telewizji czy przeczytać na ogólnoeuropejskim portalu? Nawet europejska wyszukiwarka internetowa nie zdążyła wciąż wystartować i o tym, co znajdziemy w internecie pod hasłem "Europa" decyduje amerykański Google.

Nawiasem mówiąc co znaczy "Europejczyk", gdy weźmiemy pod uwagę, że z 10 najdłuższych rzek kontynentu przez terytorium Unii przepływa tylko jedna... ale na taki szok nie jesteśmy jeszcze gotowi i z pewnością "europejskie" media nieprędko o tym doniosą:)

Media donoszą, że BP został miesiąc do ogłoszenia niewypłacalności, rodzina prezesa jest pod stałą ochroną policji, komentatorzy pytają czy to będzie "Katrina" Obamy a ropa wciąż się leje... O co właściwie chodzi?
Ano o ciecie kosztów, o którym pisaliśmy jakiś czas temu.

Wg Edwina Bendyka dzienny koszt akcji ratunkowej kosztuje BP 6 mln dolarów, zatopiona platforma to 560 mln dolarów, póki co zginęło 11 osób, tysiące stracą źródło utrzymania (na serwisach amerykańskich można nawet zobaczyć mapę wpływu plamy na bezrobocie, zmniejszenie wpływów z turystyki itp) a kosztów środowiskowych w tej chwili nikt nie odważy się liczyć... Dlaczego chodziło o ciecie kosztów? Bo BP przekupiło urzędników amerykańskiej agencji ds. prac wydobywczych (MMS) by zaoszczędzić na zabezpieczeniu odwiertu... 500 tys dolarów...
Udało sie - zaoszczędzono - agencja w pełni zgodziła się z argumentacją koncernu - to już wiemy, bo jej urzędnicy właśnie opowiadają o tym w amerykańskim sądzie...

Wojna toczy się też oczywiście w sieci - koncern płaci ciężkie pieniądze za linki sponsorowane w Google, by jego wersja wydarzeń pojawiała się jako pierwsza - prawdziwa lekcja PR w kryzysie. Internauci nie są mu dłużni - skrót odczytują jako Brązowe Pelikany, Błędy i Patologie czy British Polluters.
Ciekawe jest też to, że Obama publicznie ogłosił, że wszelkie koszty awarii (pośrednie i bezpośrednie) ponosi oczywiście BP - wyobrażacie sobie, że polski polityk postępuje w taki sposób?!
Możemy z tego wyciągnąć kilka ciekawych wniosków:
- w USA też mają korupcję (szczególnie jeśli chodzi o pomoc wielkiemu biznesowi)
- kwestie środowiskowe stają się w publicznej debacie coraz bardziej istotne

Tylko ta ropa wciąż się leje...

Ciekawy wywiad pojawił się na krakowskiej Gazecie - "Skończmy romans miasta z autem. Weźmy ślub z rowerem". 
Tekst jest rozmową z Janem Gehlem - człowiekiem, który "...władze Nowego Jorku skłonił, by zamknęły Broadway dla ruchu samochodowego..." jak znaleźć możemy w leadzie - to już robi wrażenie:)

Ciekawe są uwagi na temat tego, do jakich miast Kraków powinien się porównywać, jeśli chodzi o systemy transportowe - Zurych (transport miejski cechuje się tam najwyższą częstotliwością na świecie), Strasburg (ponowny rozwój tramwajów po ich likwidacji w latach 60.) czy Kopenhaga (trudno nawet komentować rolę rowerów, nowe metro otwarte w 2002, kolejna linia w 2007, kolejne linie w budowie...) - czyli musimy wysoko mierzyć...
Ciekawe jest też to, że w kwestii transportu i urbanistyki Gehl wyznaje zasadę "Jeśli jesteś dobry dla ludzi, jesteś dobry dla ekonomii", co oznacza, że taki transport po prostu się opłaca!

Może jeszcze taki cytat "
Jeżeli spojrzymy na stare miasta, wszystkie one tworzone były w relacji do ludzkiego ciała, jego wymiarów, zmysłów i prędkości 5 km/godz., z jaką o własnych siłach porusza się człowiek. Dlatego na przykład miejskim placom nadawano wymiary 100 x 100 m, bo tyle właśnie jest w stanie objąć ludzkie oko w perspektywie horyzontalnej. Obiektem największego zainteresowania człowieka jest drugi człowiek."

W Polsce dostępna jest jego książka - "Życie między budynkami".
A na koniec jeszcze jeden cytat, żeby pokazać, że jest to człowiek, który nie kreuje się na zapalonego działacza i "wojującego ekologa":


DH: Ma Pan samochód?

JG: Tak, mam.
DH: Często Pan go używa?
JG: Nie. 
DH: Dlaczego? Ma Pan coś przeciwko samochodom?
JG: Nie...

A dlaczego "Nie"? Przeczytajcie wywiad!!:)

Nie wiem, co myślicie o przyczynach i skutkach powodzi, ale dla mnie w otaczającej nas paranoi populizmu najbardziej szokujące są nakazy i rozkazy podwyższania wałów... Ze studiów pamiętam historię projektu podwyższania wałów w USA, która kończyła się tylko większymi stratami - dlaczego? Bo podwyższając wały sądzono, że teren za nimi można już użytkować inaczej - podczas powodzi okazywało się, że niestety nie... Tylko że starty obejmowały już nie tylko zniszczenia łąk ale również domów, firm i oczywiście życie ludzi...

Oczywiście nie wszędzie można tworzyć łąki i nadrzeczne lasy, po to by mogły zostać zalane, a w miastach jest to szczególnie trudne, ale czy w kontekście tego, że nasze miasta nie mają planów zagospodarowania przestrzennego ktoś bierze to pod uwagę?
Presja inwestycyjna jest tak duża, że wszystko co płaskie musi zostać zabudowane (np lokalizacja kampusu KWS na Zabłociu powinna chyba dać do myślenia - to nie jest stara inwestycja, ale czy ktoś lokalizując ją myślał o powodzi... Za jakiś czas będziemy się składać na odbudowę KSW... obym się mylił. ). W takim niestety kraju żyjemy, że w dniu powodzi, na powodziach znają się wszyscy, a decyzje strategiczne podejmuje się nie na podstawie analiz i przemyślanych strategii, tylko w warunkach kryzysowych, a co ostatnio jeszcze śmieszniejsze - w czasie kampanii wyborczej...Smutne, po prostu smutne.

Ale zmieniając temat (pozostając jednak przy tematyce miejskiej) - pisałem kiedyś o tym, że chciałbym, by na Placu Centralnym stanęła rzeźba Cernego... A co powiecie, gdyby stara część Huty w ramach rewitalizacji wyglądała podobnie do tego, co pokaże Wam poniżej...? Gdyby ktoś miał pomysł, co zrobić, by tak sie stało, to proszę o kontakt !!!!:)

To oczywiście Hundertwasser...
... a to już Drezno - szkoda, że w tradycyjnym Krakówku to prawie nierealne...

A niech będzie - jak fotki z życia, to fotki. Kraków, 18 maja 2010.


Most Dębnicki
godz. 19:50


najwyższy poziom wody w historii Wszechświata
(znanej specom z IMiGW)


w centrum przytulony do mostu pomościk,
który zwykle pływa sobie przy brzegu







A tu jedna z bram drewnianych na Salwatorze,
ze sprytnymi workowymi umocnieniami


na ulicy coś w rodzaju barykady
złożonej z trzech worków i deski...


barykada nie zadziałała (?!)
i woda rozlewała się nieco po okolicy :/











A jak ktoś czytał, że wał nigdzie nie przecieka,
to tu oryginalny przeciek...
w tym samym miejscu.

21:51

majowy łikend

Autor: w.władek |

znużony najjaśniejszą rzeczpospolitą polską i towarzyszącym jej wydarzeniom, po raz kolejny postanowiłem, chociaż przez chwilę poczuć się normalnie i wyjechać na parę dni do republiki czeskiej. poniżej parę fotek dlaczego tak bardzo lubię czechy:

ponieważ, dobrego piwa nigdy nie zabraknie . . .



ponieważ, bez obaw można spać gdzie się chce . . .



ponieważ, jak robi się zdjęcie nieznajomej dziewczynie, to ona nie odwraca się . . .



ponieważ, Reksik ma kumpli "buzerant'ów" - i wcale mu to nie przeszkadza . . .



ponieważ, nikt nie robi afer, gdy dziecku chce się pić . . .



ponieważ, politycy chociaż biorą w łapę to przy najmniej mają poczucie humoru . . .


(źródło CTK)
Witajcie w Chorwacji, tu możecie o nas zapomnieć – zwracają się do czeskich turystów przywódcy ODS (na zdjęciu: Mirek Topolanek - drugi z lewej)

Brzy na viděnou v České republice !




23:19

O co do cholery chodzi z Grecją?

Autor: Oskar |

Czytam co się po raz kolejny wyrabia w Grecji i nic nie mogę zrozumieć.
Kraj jest blisko bankructwa - ale co to znaczy?
Potrzebuje sto czy ile tam miliardów euro od kolegów z UE i MFW - ale po co?
Musi ciąć wydatki i zabierać ludziom - ale dlaczego?

Ludziom puszczają nerwy i wychodzą na ulice... to w zasadzie jedyna sprawa, którą jakoś rozumiem. Sam bym się wkurzył, gdybym miał dużo i od dłuższego czasu, a tu nagle mam nie mieć. Ale skąd ta cała absurdalna sytuacja, skąd taka skala, kogo za to winić? Ludzie tam winią tych, których widzą i mają pod ręką: swój rząd (niedawno wymieniony). Ale czy to ten rząd za to wszystko odpowiada?

Szukam i szukam - na polskich i niepolskich portalach i dalej nic nie kumam. Deficyt, za duże wydatki, rozdęty sektor publiczny, ukrywanie jakichś brzydkich wskaźników, rejtingi agencji rejtingowych (ang. rating) które nie zostawiają żadnych złudzeń inwestorom, duży dług, bardzo, ale to baaardzo duży i coraz większy dług państwa - na który z resztą ta nowa kasa ma pójść. Ale skąd ten dług, u kogo zaciągnięty, czemu taki duży?! W dodatku nie tylko w Grecji, ale też w Hiszpanii, Portugalii rejting leci na łeb na szyję. Okazuje się, że państwa są właściwie niewypłacalne, że nie można im wierzyć i kupować obligacji... A mama mi zawsze mówiła, że obligacje to jedyny, pewny (chociaż mały) zysk. No to o co do cholery chodzi?!

Dyskusja jest trudna do zawężenia i od czegoś trzeba zacząć. Nie wiem, czy mamy tu jakichś ekonomistów, którzy coś z tego rozumieją. Ja jak ich czytam - nie rozumiem. Więc proponuję takie bezbolesne ćwiczenie - film na youtube w 5 częściach (ok. 45min w sumie) pt. "Money as Debt" (Pieniądze jako Dług):



Może podpowie nam parę rzeczy, uporządkuje pojęcia. To tylko ćwiczenie, żadna wykładnia prawdy objawionej. Z resztą - nie ma tam nic odkrywczego, co widać w komentarzach wszędzie, gdzie ktoś o tym pisze i coś już o tym wie - ot, czarno na białym, skąd się biorą pieniądze, dlaczego one same nie istnieją, i dlaczego istnieje nieskończenie rosnący dług, który co jakiś czas kogoś doprowadza do bankructwa. Czasem państwa. No chyba, że dostaną kasę na spłatę swojego długu :)
Potem powinno być trochę łatwiej zacząć rozumieć, o co do cholery chodzi.


Ano na przykład tak jak w reportażu Jana Pospieszalskiego (TVP) pt. "Solidarni 2010" nagrywanego w trakcie żałoby, na ulicach Warszawy - czyli spisek i zamach.

Artykuł z GW o tym (nieobiektywny oczywiście): Przeciw Rosji, Platformie i GW.

Dyskusja w TOK.fm o tym samym: Film propagandowy czy głos ludzi?

Mnie też się udało jedną ilustrację uchwycić w dniu pogrzebu (foto). Jakoś trzeba sobie tłumaczyć takie rzeczy, ktoś musi być winien, czyż nie?...

Dzisiaj na Błoniach.
Tata tłumaczy, co się wydarzyło.
Mały próbuje zrozumieć.

15:43

Dziwny poranek 10.04.2010

Autor: Oskar |

Dzisiaj o 8:56 rozbił się samolot. Zginął Prezydent i wielu ludzi, którzy są ważni. Z wielu powodów ważni i z wielu powodów ich śmierć jest istotna.

Żal i kondolencje to jedno - dużo dziś tego wokół. Mnie interesuje kilka innych perspektyw, o których tylko kilka słów...

1) Polityka - zwykle toczy się wedle utrwalonych schematów, jest przewidywalna. Takie zdarzenie jak dzisiaj wytrąca ją z równowagi. Być może na nieco dłużej, a może na zawsze. Dwie ważne partie, dwóch kandydatów na prezydenta. Teraz ich nie ma, a za 2 miesiące wybory - mało czasu, chaos. Kampania prawie niemożliwa... Pierwsze wrażenie, to koniec ery, która trwa od kilku lat, koniec szans na jej trwanie (zwróćcie uwagę, ilu czołowych polityków było w samolocie). Ale czy na pewno? Różnie to może się skończyć. Na pewno będzie inaczej.

2) Społeczeństwo - jeszcze raz przeżywa coś... wspólnego. Znowu ma tą nietypową okazję do samoidentyfikacji, uświadamiania swojej tożsamości. Ja też. Pamiętam kilka takich momentów (tylko kilka): msza na Błoniach z Papieżem, kiedy nie umiałem się nie poddać zbiorowym emocjom; jego śmierć, kiedy byłem w Holandii, ale nie miałem wątpliwości, że nie jestem u siebie; i dzisiaj - kiedy znowu czuję, że to mnie samego coś dotknęło (tak, ja to piszę!).

Ciekawi mnie, co dalej. Co z tego dnia zostanie. Tak jak się bałem i czekałem, co dalej po 11.09.2001 w Stanach...

Na razie idę na Wawel. Do katedry.
O 17:30 kardynał porozmawia z ludźmi o śmierci. A będzie ich więcej niż zwykle. Ciekawe, co im powie.

Niestety - tekst jest długi, ale w pełni się z nim zgadzam ("Co by tu można jeszcze w Krakowie zepsuć?"), dlatego zachęcam do lektury. O ile w pewnych wypadkach można twierdzić, że jakakolwiek działalność inwestycyjna musi się w Krakowie spotkać z oporem tradycyjnego i konserwatywnego mieszczaństwa, o tyle całokształt działań w zakresie szeroko rozumianej architektury i urbanistyki jest przerażający...
No nic tylko jeszcze ulice poszerzyć:) I dobudować trochę parkingów w centrum:) A dwa odległe od siebie o 200 metrów stadiony za 700 mln złotych (z publicznych pieniędzy oczywiście, choć kluby są prywatne...) na EURO, którego nie będzie to tylko miły dodatek...

12:39

Fotki z życia

Autor: dominik |

Z powodu dużego ruchu na blogu i masowego pojawiania się komentarzy, co praktycznie uniemożliwia aktywne uczestnictwo na tylu frontach jednocześnie, pojawiła się idea wyrażania siebie i swoich myśli w inny sposób. Paweł zaproponował, by wrzucać na bloga zdjęcia z naszego codziennego życia - nie koniecznie mają to być artystyczne popisy (choć takie oczywiście będą mile widziane!). Czasem może to być coś, co akurat zwróciło naszą uwagę w mieście (lub poza nim:), czasem okładka książki, która ostatnio zwróciła naszą uwagę... Idea wydaje się być co najmniej ciekawa, ale to wymagałoby od nas lekkich zmian w formie bloga - Oskar, czy mógłbyś się tego podjąć...?

W ostatnim Dużym Formacie można przeczytać tekst nt. Polaków pracujących na tzw umowy o dzieło i umowy zlecenia. Choć nie jestem pewien, czy wszystkie tezy artykułu mówiące o braku ubezpieczeń i możliwości opieki w ramach publicznej służby zdrowia są prawdziwe w takich przypadkach (sam pracowałem na umowę zlecenie i miałem płacony zarówno ZUS, składki na 2 filar, jak i oczywiście ubezpieczenie zdrowotne), to niewątpliwie zwraca to uwagę na duży problem. W gruncie rzeczy taka forma zatrudnienia jest często sposobem pracodawcy na pewne istotne oszczędności finansowe. Oczywiście w jakimś stopniu pozwala to na zmniejszenie szarej strefy w zatrudnieniu, niemniej jednak tradycyjnie każdy kij ma dwa końce...
Często pracodawcy, powołując się na liberalnych ekonomistów narzekają na tzw. wysokie koszty pracy - ich obniżenie miałoby prowadzić do wzrostu zatrudnienia i rozwiązaniu pewnych problemów finansowych polskich firm. Nim wyjaśnię dlaczego idea ta wydaje mi się podejrzana i naiwna, przytoczę fragment pewnej rozmowy radiowej z ekonomistą (nie pamiętam nazwiska), który oferował stypendium z własnych funduszy dla doktoranta, który napisze pracę analizującą problem realnych kosztów ciecia kosztów...
Otóż wspomniany ekonomista przytoczył historię CIA, która zauroczona ideą cięcia kosztów i oszczędnościami, jakie przynosi outsourcing, wyoutsourcowała wiele zbędnych jej zdaniem działek, które wcześniej wykonywała sama - jedną z nich było sprzątanie biur. Wszystko było super, do czasu, gdy się nie okazało, że zewnętrzne sprzątaczki po wymyciu podłóg przefotografowały kilka ton dokumentów ściśle tajnych... nie wyjaśniano, czy były to ubogie Chinki, niemniej jednak CIA wróciła do poprzedniego modelu sprzątania.
Wracając do naszej historii - czym właściwie są "koszty pracy"? Koszty te, to wypłata + ubezpieczenie zdrowotne, wypadkowe i składka na emeryturę - na czym więc oszczędzamy? Albo na comiesięcznej pensji, albo na dostępności do służby zdrowia, albo na ewentualnych odszkodowaniach w razie wypadku. Koniec końców również na oszczędzanych na starość środkach do życia... Ktoś te koszty i tak poniesie - najpewniej wszyscy razem. Ciekawe, czy postulujący ciecie takich "kosztów" zauważyli, że od XIX wieku sytuacja pracownika teoretycznie powinna się poprawiać... Osiągnięcie jakim było stworzenie opieki socjalnej i zabezpieczeń emerytalnych nie jest pewnie dla nich w tej kwestii istotne. Pytanie brzmi, czy na pewno stać nas na cięcie tych kosztów?

17:34

Czego brakuje na blogu?

Autor: dominik |

Pytając Was o to, Czego brakuje na blogu? zakładałem podświadomie, jak i świadomie, że czegoś pewnie brakuje:) I nie myliłem się, bo wyniki naszej sondy pokazały, że nikt nie zaznaczył odpowiedzi "niczego". Dowiedzieliśmy się też, że nie brakuje tu ani sportu ani mądrych administratorów (chyba, że brakuje odważnych, którzy powiedzą nam to w oczy...:).
Czego zatem brakuje?
Pojedyncze głosy wskazywały na kulturę, tematy społeczne, mądre i ciekawe posty a nawet politykę!
Zdecydowanym zwycięzcą okazały się jednak komentarze i dyskusje - bo w gruncie rzeczy po co pisać coś, co nikogo nie zastanowi, nie zmusi do tego, by zwolnił/a biegając przez cały dzień i w tym samym tempie przeglądając bloga.
Taka sonda nie miałaby sensu, gdyby nie wpłynęła na kształt "Myślmy Razem" w przyszłości - te wyniki pokazują, że poprzeczka dla piszących posty idzie wyżej. Mają stać na takim poziomie, by nie tyle wymuszać komentarze, co zachęcać do dyskusji. Dyskusja to dialog, dialog to szacunek dla drugiego człowieka i jego poglądów. Wydaje mi się, że z tym nie powinno być problemów w tym gronie. Jest tylko jeden mały szczegół - czy chcemy dyskutować...?

19:51

Inaczej

Autor: Joanna |

Dlaczego nie piszę postów a komentarze z rzadka?

Coś jest w tym co w dyskusji o parytecie napisała Ania – zbiory potrzeb mężczyzn i kobiet nie pokrywają się w 100%. Być może podziałem według którego należałoby wyznaczyć owe zbiory potrzeb nie jest płeć ale coś innego. Faktem jest jednak, że styl dotychczasowych postów z moim zbiorem pokrywa się średnio.

Czytanie o Sikorze i Komorze i dyskusje na tematy zaczerpnięte z mediów typu „Mąż FM” nie są moim chlebem powszednim, gdyby były prowadzone na obcym blogu nie zwróciłabym na nie uwagi. I nie wiem czy to kobiece zainteresowania, ale blogi, na które zwróciłam uwagę i do których wracam, dotyczą drobiazgów, opisują małe codzienne wydarzenia, zabawne dialogi.

Nie piszę więc, bo dyskurs ważnych tematów niepostrzeżenie mnie onieśmielił. Czuję, że żeby coś napisać powinnam najpierw zrobić prasówkę, a potem wyrobić sobie zdecydowany pogląd.

Ale dyskurs pewnie można zmienić, więc w ramach drobnych wydarzeń – obserwacja z niedzieli.


Pewnie kojarzycie kazania dla dzieci – ksiądz zaprasza najmłodszych do przodu i wychodzi do nich z mikrofonem i opowiastką z lukami – w wyznaczonych miejscach dzieci mają uzupełnić tok wywodu odpowiednimi informacjami. Co się dzieje kiedy ksiądz cechuje się strumieniem świadomości i zamiast jasnego linearnego kazania skacze z tematu na temat, odwołując się w dodatku do metafor? Dzieci są zdezorientowane i przyjmują dwie strategie: albo na przemian testują najczęściej od nich oczekiwane odpowiedzi: Jezus, krzyż, Duch Święty, albo starają się nadążyć za logiką kazania w jego najbardziej podstawowej warstwie. Przykład:
- Jakie jest największe sanktuarium w Krakowie?
- Jezus?
- No tak, takie w którym można się spotkać z Panem Jezusem, do którego przylatują ludzie z całego świata?
- Lotnisko?
Tak sobie pomyślałam, że może by na tym blogu inaczej też pisać, nie wiem co wy na to?

Choć tytuł postu może sugerować zmiany na blogu, to tak naprawdę odnosi się do zupełnie innego, bardzo interesującego mnie tematu (są pomysły na zmiany...):) Nie zapominamy oczywiście, że w tzw. międzyczasie wszyscy bacznie przyglądają się nowej sondzie...:)
20 lutego Cezary Kowanda w Polityce pisze tekst "Już nie naprawiamy, kupujemy nowe", gdzie już w leadzie czytamy "Producenci pralek, lodówek, telewizorów czy drukarek osiągnęli swoje – coraz rzadziej naprawiamy zepsuty sprzęt, coraz częściej kupujemy nowy. Tak jest taniej." Dalej dowiadujemy się o tym, że choć naprawy są jeszcze możliwe, to ze względu na niskie ceny nowych towarów właściwie mają sens tylko w przypadku towarów luksusowych lub nam szczególnie bliskich. Również dlatego, że praca w Polsce jest coraz droższa.
Tymczasem w sobotę w GW można znaleźć wywiad z Meinhardem Miegelem - niemieckim ekonomistą i analitykiem społecznym, który mówi coś zupełnie innego - na pytanie dziennikarza "Jak wyglądać będzie społeczeństwo, które uwzględni realne koszty?"

odpowiada "Zamiast coraz więcej wytwarzać, będzie coraz więcej naprawiać. Będzie to "społeczeństwo reperowaczy". Coraz częściej zepsuty budzik czy pralka nie będą lądować w śmieciach, lecz zostaną naprawione. Bo produkcja wymaga ponoszenia ogromnych kosztów, które odpadają przy okazji naprawy."
Cały, bardzo ciekawy tekst pt. "Dobre czasy się skończyły" dotyczy znacznie większego problemu niż naprawa pralki - otóż Miegel stawia tezę, że "stałe zwiększanie dobrobytu, jak to miało miejsce w ubiegłych dziesięcioleciach na Zachodzie, skończyło się raz na zawsze.(...) Niezależnie od tego, czy wzrost gospodarczy nam się podoba, czy nie, to w krajach zachodniej półkuli jego czas minął".
Ten tekst nawiazuje do dyskusji części współautorów bloga na żywo (tak, takie rzeczy też mają miejsce!!) na temat wzrostu, rozwoju i jego sensu w naszym świecie. Choć wtedy rozmowa wydawała się, przynajmniej części z nas, zdecydowanie na wyrost, to wypowiedzi cytowanego ekonomisty zdają się nie potwierdzać tego optymizmu... Czy to jest możliwe? Czy możliwe jest, że nam po prostu nie będzie tylko lepiej...? Czy jesteśmy w stanie się z tym pogodzić? To, że się czegoś unika i zasłania oczy nie znaczy, że tego nie ma.
Gorąco zachęcam do przeczytania tekstu i polemiki!
A tymczasem, mając w głowie słowa Miegela gratuluję Mackowi - serio! - dyplomowany specjalista od PR bardziej niż wizerunkiem iksinskiego w mediach interesuje się tym, jak zrobić krzesło (a rezultat robi ogromne wrażenie na każdym, kto go zobaczy!).
Przednia straż...:)?

00:10

I po sondzie: PO - Komor czy Sikor?

Autor: Oskar |

W kolejnej sondzie chodziło o opinie nt. wyboru między dwoma kandydatami na kandydata na prezydenta - wewnątrz PO. Mała liczba respondentów nie pozwala na jakieś szersze interpretacje... Ale ciekawe, że jak już PO, to jednak Komorowski (czemu?!) i że wybór PO nie jest dla was oczywisty (dobrze!). Komentarze MILE widziane :)

Pytając czy osłabić prezydenta miałem na myśli propozycje PO, które ostatnio przedstawiał premier (który zrezygnował z walki o prezydenturę).
Wyniki są ciekawe z kilku powodów. W oczy rzuca się sceptyczne podejście do zmian w podziale kompetencji władz. Ciekawe z czego to wynika. Czy z naszej wcześniejszej dyskusji, czy może z ogólnej tendencji do zachowania status quo, a może raczej z niepewności...? Tutaj zwraca uwagę cenny głos "Nie mam zdania". To jest otwarte przyznanie się do tego, że niewiele na ten temat wiem / mało z tego rozumiem. I myślę, że wśród tych na "nie" część też raczej "nie ma zdania":) A to by pokazywało, że ten spór jest dla nas tak naprawdę niezrozumiały i niemerytoryczny, a my reagujemy emocjonalnie, zgodnie z sympatiami (np. to co mówi Tusk lepsze od tego czego chce Kaczyński). Tylko czy tak powinniśmy formułować opinie? No i czy rzeczywiście trafnie interpretuję tą mini-sondę? Skomentujcie ją, swój głos, moje podsumowanie. Przy następnych sondach też spróbujmy coś z nich wydedukować:)

Subscribe